Wyprawy

Trociowa wycieczka na Pomorze

Jak to ktoś powiedział, łowienie troci to choroba. Ja zaś od siebie dodam, że psychiczna. Nieuleczalna. Dlatego też i ja na przekór zdrowemu rozsądkowi w jednym z minionych sezonów wybrałem się nad Parsętę wraz z podobnie jak ja „trąconym” na punkcie troci Wojtkiem Szymańskim, a było to dobre 3-4 lata temu.

Przezornie przeczekaliśmy początek sezonu w domowych pieleszach, a w drogę ruszyliśmy dopiero wtedy, gdy znad rzek zniknęły tłumy. A zniknęły, bo popłoszone i pokłute ryby, a raczej ich resztki, przestały stać na środku rzeki i pochowały się w sobie tylko znane miejsca. Z tych zaś miejsc trzeba je dopiero pracowicie wydłubywać, do czego potrzebne są jednak spokój i swoboda poruszania się nad wodą. Taki właśnie mieliśmy niecny plan: ryby pochowane, tłumy znikają i wtedy pojawiają się Paweł i Wojtek – jak w znanym dowcipie – cali ubrani na biało.

troc1 

„Zakotwiczyliśmy” nad pięknym odcinkiem dolnej Parsęty. Przez wiele dni wydeptywania jego brzegów spotykaliśmy tylko dwóch miejscowych wędkarzy. Słowem – cała rzeka dla nas... Nawet jeśli są takie, gdzie ryb jest więcej (wspomniane już Ina, Drwęca), to i tak wybralibyśmy Parsętę, gdzie troci jest wprawdzie mniej, ale nieprzepłoszonych i nieskłutych, i gdzie możemy łowić sami, a nie w tłumie. Ale łowienie ostatnich ryb, które się tam uchowały, wymaga cierpliwości, samozaparcia, systematyczności, no i przede wszystkim (nie chwaląc się) wprawy.
W pierwszych dniach wyprawy złowiliśmy kilka keltów stojących na środku rzeki. Miejsca klasyczne: wolny uciąg, prostki ewentualnie łagodne zakręty ze spowolnieniami nurtu. Kilka słów o warunkach atmosferycznych: temperatury oscylowały wokół 0°C, w nocy padał śnieg, który w dzień topniał. W efekcie woda była lekko podniesiona, zmącona i bardzo zimna, pośniegowa. Wszystkie ryby złowiliśmy na wahadłówki, spośród których najlepiej sprawowała się klasyczna biedronka, miedziana z kropami z jasnej cyny. Przynosiła ona dobre rezultaty aż do nadejścia wyżu, a z nim kilkunastostopniowego mrozu. Środkiem rzeki zaczęła płynąć kra, a wszelkie spowolnienia pozamarzały. Nie pozostało nam zatem nic innego, jak zmienić miejsce.

Pojechaliśmy w górę rzeki, powyżej Białogardu. Rzeka w tym miejscu jest o wiele węższa, a samo wędkowanie przypomina łowienie pstrągów. Zabraliśmy oczywiście lżejsze zestawy. Kry tu nie było, bo szybki nurt nie dopuszczał do zamarzania wody. Pierwszą zdobyczą był lipień, który połakomił się na wahadłówkę puszczoną w dryfie. Ucieszyło nas to, bo nad Parsętą już tak jest, że łowi się niekoniecznie tam, gdzie by się chciało, lecz tam, gdzie nie dotarli akurat kłusownicy-elektrycy. Złowienie lipienia w dobrej formie świadczyło zaś, że tutaj akurat złodzieje ryb nie działali i można było liczyć również na inne gatunki. Niestety, przeliczyliśmy się, wspomniany lipień okazał się naszą jedyną zdobyczą tego dnia.

lipien1

Ponieważ kolejny dzień przywitał nas już mniejszym mrozem, powróciliśmy na „nasz” odcinek, gdzie kry było już mniej. Łowiliśmy na zakrętach, przy burtach. I tu ciekawostka: osadzający się w takich miejscach lód doskonale sygnalizuje potencjalne stanowiska troci. Dobrze sprawdzają się tam woblery z oczkiem do mocowania żyłki ustawionym tak, że przy podciągnięciu schodzą w bok, akurat pod lód. Łowiąc w ten sposób, udało mi się sprowokować kolejnego kelta i to w rzece teoretycznie pustej. Jedna ryba co dwa dni na dwóch... trzeba być naprawdę nieuleczalnie chorym na trociowanie.

Następnego dnia postanowiliśmy upiec dwie pieczenie na jednym ogniu, czyli uciec przed wichurą związaną z nagłym ociepleniem oraz trochę zmienić otoczenie; pojechaliśmy więc nad środkową Radew – największy dopływ Parsęty. Nad jej brzegiem zobaczyliśmy poukładane kable, na tyle jednak profesjonalnie wyglądające, że nie mogła to być robota „elektryków”. I rzeczywiście, szybko ujrzeliśmy także pojazdy rodem z filmów SF, wielkie gąsienicówki, które „stemplowały” ziemię w poszukiwaniu złóż łupków. Każde uderzenie takiego stempla sprawiało, że ziemia drżała nam pod nogami, a staliśmy na drugim brzegu rzeki. Aż strach pomyśleć, jak Radew wyglądałaby, gdyby te łupki znaleziono i zaczęto wydobywać, a wydobywa się je przez płukanie... Niby rzeka z troci praktycznie wyjałowiona, ale zawsze. Nie trzeba dodawać, że wiele tam nie złowiliśmy, tylko jedną małą rybkę.

troc4 

A więc następnego dnia znów Parsęta. Tam zaś miła niespodzianka. Otóż w poprzednich dniach Sandaczowy Dziadek pourywał większość swojego zapasu wahadłówek i woblerów, sięgnął więc po obrotówki, które czepiały się dna zdecydowanie mniej. I po godzinie łowienia skusił do ataku srebrniaczka! Ryba miała typową dla takich powichurowych warunków długość, niewiele ponad 50 cm, ale była bardzo przyjemnym urozmaiceniem dotychczasowych „keltowych” połowów. Oczywiście sięgnąłem również po obrotówkę i zacząłem łowić szybciej niż wahadłówkami. W efekcie także na mojej wędce pojawił się niemal identyczny srebrniak.  
To nie jest tak, że odradzam łowienie w rzekach, gdzie jest jeszcze sporo ryb. Chciałem Was jedynie przekonać, że trociarze wcale nie muszą być skazani na wędkowanie w tłumie, a rzeki o „zagwarantowanej” rybności wcale nie są jedynymi, gdzie można sobie połowić. Wręcz przeciwnie, bazując na znajomości rzeki i jej rybostanu, można wybrać takie miejsca, gdzie ludzi praktycznie nie ma, a zatem i nie ma też konkurencji w poszukiwaniu nielicznych już niestety troci.
Także na rzekach rybnych nie zawsze trzeba wędkować w tłumie. Parę lat temu wybrałem się nad Inę i udało mi się tam dobrze połowić, tyle że przyjechałem tam dopiero wtedy, kiedy brzegi opuściła większość wędkarzy, a warunki (wysoka woda i deszcz) nie zachęcały do łowienia. I mimo to ryby były.

Kończąc, mogę zatem udzielić dobrej rady wszystkim szukającym pomysłu na trociową mizerię. Chcesz złowić troć? Bądź jak troć, czyli idź pod prąd. W tym przypadku oczywiście bardziej w przenośni niż dosłownie. 
Na sam koniec zwracam się z apelem do wszystkich „chorych na troć” – wypuszczajmy wszystkie złowione kelty. To są ryby odporne na zarazę wyniszczającą nasze rzeki. To właśnie potomstwo tych ryb odbuduje zdrowe stado. Jak ich nie zabijemy, może za rok znowu tu wrócą, by w żwirze pracowicie wykopać gniazdo.