Wyprawy

Sandaczowy poligon doświadczalny

Hiszpańska rzeka Ebro kojarzy się naszym wędkarzom przede wszystkim z wielkimi sumami i karpiami. Niewielu Polaków wyprawia się tam specjalnie na sandacze, a jeszcze mniej wie, jakie wspaniałe są tam okonie.

 


W Polsce wiosna jest okresem w pewnym sensie martwym, jeśli chodzi o łowienie dużych drapieżników, a już na pewno dotyczy to sandaczy. Tam natomiast mętnookie można już łowić, co jest doskonałym treningiem przed rozpoczęciem sezonu na polskich łowiskach. Wyprawa nad Ebro jest jednak obarczona dużym ryzykiem, bo mając pecha, można trafić na nagle podniesioną wodę. Wystarczy, że wysoko w górach Hiszpanii zaczną się nagłe roztopy albo spadną ulewne deszcze, aby poziom wody podskoczył o kilka metrów. Tak więc ci wszyscy, którzy się wybierają nad Ebro, powinni sprawdzić długookresowe prognozy pogody i bieżący stan wód. Bo tam, gdy idzie duża woda, to jest to naprawdę duża woda, a gdy zaczyna wiać, to jest to istna wichura, która potrafi trwać nawet do dwóch tygodni.

Na miejscu działają bazy wędkarskie, w tym także takie, które są prowadzone przez naszych rodaków. Przed przyjazdem można więc bez kłopotu zasięgnąć informacji na temat bieżących i spodziewanych w najbliższym czasie warunków pogodowych i hydrologicznych, co pozwoli ustrzec się przed nieprzyjemnymi i kosztownymi niespodziankami. Niestety, my mieliśmy wyjazd zaklepany „na sztywno” już od dłuższego czasu, bez możliwości jego przełożenia. Gdy więc okazało się, że przez dwa dni przed naszym przyjazdem bez przerwy padał deszcz (a pisząc to, mam na myśli opady rzędu 50 l wody na m2), nic już nie mogliśmy zrobić. Co prawda, gdy dotarliśmy na miejsce, przestało padać, ale dla odmiany zaczęło nieźle wiać. Przeciętna szybkość wiatru wynosiła 60, a w porywach nawet 80–90 km/godz. Jednym słowem – porażka. Postanowiliśmy jednak się nie poddawać, tylko przetestować różne sandaczowe „kombinacje” właśnie w tak trudnych warunkach. Tym razem Ebro miała nam posłużyć nie jako miejsce do wyłowienia się do syta, tylko jako poligon doświadczalny łowienia na wietrze i w wysokiej wodzie, w której ryb co prawda jest bardzo dużo, ale dobrać się do nich, jak się okazało, wcale nie było tak łatwo... I o tym właśnie postanowiłem napisać niniejszy artykuł, będący swoistym kompendium wniosków wysnutych na podstawie doświadczeń z tego wyjazdu.  

 

Przymiarki

Nasza ekipa dotarła na miejsce podzielona. Dwóch kolegów przybyło już rankiem, pozostali natomiast (w tym ja) – dopiero pod wieczór, bez szansy na łowienie tego dnia. Połowili za to ci, którzy przyjechali wcześniej, kończąc dzień z wynikiem paru dużych sandaczy. Łowili klasycznie, na gumy, zarówno z opadu, jak i na szuranego. Najlepsze wyniki mieli w płytkiej zatoce, gdzie sandacze wygrzewały się w wyraźnie cieplejszej wodzie. I to, jak się okazało, był najbardziej owocny dzień całej wyprawy. Prawdziwej wichury jeszcze nie było, deszczu – już nie, a woda jeszcze się nie podniosła.

 

Dzień drugi: na dropsa

Poranek przywitał nas silnie dmącym wiatrem i skokiem stanu wody o dobre 0,5 m w górę. Było zimno. Na dodatek niebo się oczyściło, typowa lampa. Innymi słowy, nadszedł wyż, a to nie jest dobra pogoda na sandacze. Mimo to dla spokoju sumienia postanowiliśmy sprawdzić tę samą zatoczkę, w której pierwszego dnia były dobre wyniki. No bo od czegoś trzeba zacząć, prawda? Zimna woda roztopowa, która przez noc dotarła do nas z gór, wszystko jednak zmieniła. Nie dość, że rzeka wezbrała, to jeszcze woda w owej zatoczce i innych jej podobnych ochłodziła się na tyle, że sandacze wyniosły się z nich na głębsze miejsca, gdzie w tych warunkach było im trochę cieplej. O braku ryb w owej zatoczce przekonał nas po prostu brak wyników, gdyż nie mogliśmy potwierdzić tego echosondą, dysponowaliśmy bowiem modelem bez funkcji bocznego sonaru.
Obławianie innych płytkich zatok również nie przyniosło efektów. Ryby za to namierzyliśmy na spadach z owych zatok na nieco głębszej wodzie (były to spady z 2 na 4 m). Ze względu na ochłodzenie sandacze już tak chętnie nie brały z opadu. Lepiej reagowały na przynętę szurającą po dnie, ale też raczej bardziej przyciskały ją ciałem niż zażerały. Mimo to jakieś wyniki były. Wstępny wniosek był zaś taki, że skuteczna okazała się bardzo wolna prezentacja. Żadne wysokie i żwawe skoki przynętą nie przynosiły rezultatu.

 

 

Skoro leniwie, to leniwie. Postanowiłem sprawdzić, jak w tych warunkach zadziała drop shot po polsku, czyli z rzutu. Zawsze sprawdza mi się on, także w Polsce, gdy ryby żerują wyjątkowo słabo i atakują niemrawo. Kilka słów o takim zestawie. Korzystałem z gotowców wykonanych z fluorokarbonu, do tego klasyczne ciężarki przesuwane, haki offsetowe, przynęty typu rybka lub jaskółka. To wszystko wiązałem węzłem zderzakowym do plecionki jako linki głównej.
Przy całej swojej prostocie jest to prawdziwa kosa na ryby. Kluczem do sukcesu było nieodrywanie ciężarka od dna podczas przesuwania zestawu na nowe miejsce, a taki właśnie błąd popełnia wielu wędkarzy. Najwięcej brań miałem nie w momencie bujania przynętą, tylko w czasie bardzo wolnego przesuwania ciężarka po dnie, gdy guma przesuwała się tuż nad nim. Brania przypominały więźnięcie ciężarka w dnie połączone z takim pstryknięciem, jakby nagle trącił on o kamień.
Przy głębokości 3–4 m ustaliłem odległość gumy od ciężarka na 70 cm. Dlaczego właśnie tak? Bo ryby były przyklejone do dna i przynęta powinna iść tuż nad nim. Nad nim, a nie po nim! Wiatr sprawił, że nie dało się łowić z kijem uniesionym wysoko, trzeba było go trzymać nisko. Przez to kąt między plecionką a wodą był ostry, tak więc trzeba było dać te 70 cm, aby utrzymać gumę mniej więcej 20 cm nad dnem. W zmąconej wodzie guma musiała się przesuwać w polu widzenia ryb, a przejrzystość wody wynosiła właśnie jakieś 10–15 cm. Czysta matematyka…
W naszej ekipie każdy wędkował po swojemu, generalnie jednak najlepiej łowiło się na szuranego, ale „mój” drop shot nie pozostawał w tyle.  

 

Dzień trzeci: wichura

Ze względu na wiatr wiejący z prędkością 80 km/godz. nie było mowy o wypłynięciu, a i woda wezbrała o ponad metr. Zamiast siedzieć i narzekać, woleliśmy jednak poszukać miejsca, gdzie można byłoby spróbować połowić „z kapcia”. Mapy Google pozwoliły nam znaleźć zatoczkę, długą i wąską kiszkę wrzynającą się głęboko w ląd i zorientowaną tak, że powinno na niej wiać słabiej i w poprzek. Trzeba było tylko ustalić możliwość dojazdu do niej, co też szybko zrobiliśmy.

Na miejscu okazało się, że co prawda zatoka jest osłonięta od najsilniejszych powiewów, ale ukształtowanie terenu było takie, że docierający tam wiatr odbijał się od okolicznych wzgórz, co skutkowało mnóstwem wstecznych prądów powietrza. Nie trzeba dodawać, że plecionka w tych warunkach latała jak chciała i nie było mowy o wyczuciu brania na nieuniknionym w tych warunkach balonie. Na domiar złego woda zaczęła robić się tak żółta, jak nasze plecionki... Trzeba było tak manewrować kijem, aby widzieć je na tle np. ciemnych krzaków, a nie wody. Praktycznie każde drgnięcie plecionki, które nie wpadało w rytm podmuchów wiatru, trzeba było kwitować zacięciem. I tu znów mieliśmy pod górkę, bo odruch zacięcia sandaczowego z nadgarstka ze względu na wybrane wybryki wiatru w ogóle nic nie dawał. Żeby skasować luzy na lince, trzeba było ciąć z zamachem, jakby chodziło o potężną rybę na mocarnym zestawie stawiającym duży opór. Ci z nas, którzy nie mogli się przestawić na takie łowienie, zdrowo się naklęli...

 

Miieliśmy okazję poczynić ciekawe spostrzeżenia dotyczące koloru i pracy przynęty. Otóż w żółtej wodzie, której przejrzystość wynosiła już tylko 5 cm i stale spadała, od razu postawiliśmy na gumy fluo, różnego rodzaju seledyny i pomarańcze. Efekty wcale nie były najlepsze, zaczęliśmy więc testować różne kolory, przerzucając chyba wszystkie znane na polskim i nie tylko na polskim rynku skuteczne zestawy kolorystyczne – od wspomnianych już żarówiastych po różne ciemne brązy czy zielenie. Okazało się, że numerem jeden w takich warunkach była... biała guma z czerwoną płetwą ogonową. Jej pracę mogę określić jako agresywną, lecz stonowaną, tzn. zamiatała ogonem, ale raczej nie superagresywnie. Najwięcej brań było na Reno Killera, wyraźnie mniej (ale nadal jak na takie warunki sporo) przyniosło nam klasyczne kopyto, które ostrzej zamiatało ogonem od faworyta tego dnia. Co ciekawe, gdy zmienialiśmy przynęty na identyczne, ale w kolorze perłowym z czerwoną płetwą, liczba brań zdecydowanie spadała. Powrót do „flagowców” sprawiał, że ryby znów zaczynały współpracować. I niech mi ktoś powie, że ryby kolorów nie widzą albo nie odróżniają…
Albo że w Hiszpanii ryby same wychodzą na brzeg. Nie wychodzą, trzeba się nad nimi sporo napracować, ale ich liczba daje gwarancję, że można przeprowadzić rzetelne testy różnych technik i przynęt w konkretnych (w tym przypadku ekstremalnie trudnych) warunkach. Bo choć nie złowiliśmy tam żadnego okazu, to jednak duża liczba brań pozwalała na wysnucie konkretnych wniosków i skuteczne przećwiczenie pewnych schematów.
Jeśli ryby są, to można je łowić nawet w najtrudniejszych warunkach, również kiedy grymaszą. Wiedza zdobyta w tak prawie ekstremalnych warunkach w tak wyjątkowo rybnym miejscu sprawdzi się na dowolnej wodzie w Polsce i to jest wielka zaleta wyjazdów zagranicznych na porządnie zagospodarowane łowiska. Bo gdy już mamy wszystko przećwiczone i na krajowej wodzie cały dzień czekamy na to jedno jedyne branie okazu, to mamy przynajmniej pewność, że wszystko robimy najlepiej jak można. Gdzieś trzeba się tego wszystkiego nauczyć, a na łowisku, gdzie ryb jest mało, nie sposób skutecznie przećwiczyć wszystkich dostępnych wariantów technicznych.

 

Dzień czwarty i ostatni

Wichura osłabła, ale nadal wiało ok. 40 km/godz. Za to woda stała się naprawdę tragiczna. Przez noc jej poziom podskoczył o 2 m albo i więcej! Przejrzystość – zerowa. Istna kawa z mlekiem, na dodatek była to kawa z fusami i mocno zbełtana. Nie było widać własnej dłoni włożonej do tego rzadkiego błotka, w które zamieniła się woda w Ebro.
Popłynęliśmy poszukać nieco czystszej wody w zatoczkach. W odległości ok. 1,5 godz. drogi łodzią w stronę zapory znaleźliśmy miejsce, gdzie przejrzystość wody wynosiła „aż” 5 cm. Ponieważ jednak ten gwałtowny pośniegowy przybór ochłodził Ebro o dobre 2 stopnie C, w owej zatoce nie działo się nic. Nie pomagały najskuteczniejsze patenty z poprzednich dni. Sięgnąłem w końcu po główki wymienne (czeburaszki), którymi szurałem po dnie, a przynęta bujała sobie nad nim. I dopiero wtedy zaczęły się niemrawe pstryknięcia sandaczy. Złowione sztuki były ledwo co zapięte, ale jednak udawało się je holować.
Czas mijał, a ja chciałem sprawdzić jeszcze jedną rzecz. Zamiast gumy założyłem przynętę z gąbki mocno nasączonej atraktorem. Doczekałem się w końcu brań bardziej zdecydowanych, zapach wyraźnie pobudzał sandacze do atakowania mojej przynęty. I tak zakończył się ten ostatni już dzień łowienia. 
Morał z naszego krótkiego wyjazdu jest taki, że trzeba walczyć do końca, nie wolno się poddawać. Bo nawet w najgorszych warunkach da się coś wydłubać, co okazało się zwłaszcza ostatniego dnia.