Wyprawy

Rodzinny urlop z verticalem w tle

Miał to być typowy rodzinny wyjazd urlopowy, w czasie którego zamierzałem w „wolnym czasie" powędkować, ale w wyniku splotu okoliczności ryby wysunęły się na pierwszy plan, a mnie przypadła rola instruktora wędkarstwa...

rodzinny urlop
Założenie było takie, że w czasie wyjazdu z żoną, synem i rodzicami do Szwecji swój czas poświęcę przede wszystkim rodzinie. Oczywiście męska część ekipy wzięła ze sobą komplet kijków, ale w zasadzie tylko po to, żeby móc sobie powędkować kilka godzin dziennie, tak aby nie było to zbyt boleśnie odczuwalne dla dam.

Aby zrealizować swój plan, musiałem jeszcze znaleźć odpowiednią miejscówkę, a to nie było takie proste. Pogodzenie dużych „lokalowych" wymagań kobiet z oczekiwaniami ojca, czyli dzikością przyrody, ciszą i bliskością wody oraz moimi i Młodego ambicjami wędkarskimi z góry wykluczało większość znanych mi łowisk.

Szukając takiego zakwaterowania i jeziora, nad którym wszyscy czuliby się dobrze, przypomniałem sobie, jak na początku roku Maciek Rogowiecki chwalił się znalezieniem nowego łowiska w Szwecji. Gdy pociągnąłem go za język, potwierdził, że owszem takie cudo jest, ale najlepiej będzie, jak skontaktuję się bezpośrednio z jednym z członków ekipy wędkarskiej, która nad owym jeziorem była całkiem niedawno.

Zbiornik nazywa się Hovern i znajduje się w regionie Östergötland – ok. 300 km od promu, czyli jest OK., bo w czasie podróży damy się nie zmęczą. Szybki wywiad telefoniczny pozwolił mi ustalić, co następuje:

jest tam dużo szczupaków średniej wielkości (mój rozmówca twierdził, że w ciągu tygodnia cała ekipa złowiła ponad 300 esoksów w rozmiarach 60–80 cm),
sporadycznie trafiały się sandacze do 70 cm,
do dyspozycji wędkarzy są wygodne i bezpieczne łodzie z 15-konnymi silnikami,
warunki noclegowe dla rodziny są wręcz idealne (4 pokoje, 2 łazienki, duża w pełni wyposażona kuchnia oraz salonik z kominkiem).

rodzinny urlop2Ta ostatnia informacja ucieszyła mnie najbardziej, bo w końcu miał to być wypoczynek dla wszystkich, a ja i tak bym sobie zawsze gdzieś jakieś ryby wydłubał, tym bardziej że zamierzałem na serio i w spokoju przećwiczyć „niuanse" wędkowania metodą wertykalną (vertical jigging).

I tak oto na początku lipca nasz rodzinny samochód wytoczył się z czeluści promu, po czym pomknął świetnymi szwedzkimi drogami. Po pewnym czasie dojechaliśmy do okolic jeziora. Odludzie kompletne, wąskie kręte dróżki, las (jak to w Skandynawii), na oko łatwiej spotkać łosia niż człowieka... Całą drogę dręczyła mnie jednak myśl, co zastanę na miejscu. Czy rzeczywiście kwatera zaspokoi wysokie wymagania naszych pań nieprzystosowanych do „warunków wędkarskich"? Obawy okazały się płonne. Na tym prawdziwym wygwizdowie, tuż nad jeziorem ktoś kiedyś, jak sądzę wiele lat temu, zbudował piękne ranczo, bardziej posiadłość wiejską niż ośrodek turystyczny. Odetchnąłem z ulgą – a jednak nikt mi nie będzie zmywał głowy przez cały wyjazd...

Obie panie udały się do domu sprawdzić warunki zakwaterowania i „dopieścić" poszczególne pomieszczenia kobiecą ręką, a męska część wycieczki, bez wyjątku wędkująca, szybko wybrała się na przystań. Z jeziorem trzeba się było przywitać, więc nie trwało długo, jak uzbrojeni w spinningi wypłynęliśmy na krótki zwiad w najbliższą okolicę. Wystarczyła godzina, abyśmy we trzech wyciągnęli kilka szczupaków w przedziale 60–70 cm.

W domu, we wspomnianym saloniku znaleźliśmy na stole mapy batymetryczne jeziora wraz z cennymi zapiskami członków 3 grup, które były tu przed nami w tym roku. Pomoc bezcenna. Te wędkarskie notatki pozwoliły ustalić, że:

pierwsza grupa (maj) nałowiła mnóstwo szczupaków w płytkich zatokach jeziora, tuż przy trzcinach (typowe potarłowe ustawienie ryb), a największy miał prawie 90 cm;
druga grupa (początek czerwca) w takich samych zatokach połowiła słabo, a wszystkie szczupaki (na ogół 60–80-centymetrowe i 3 sztuki ponad 90 cm) złowiła w okolicach podwodnych głazów na przedpolach trzcin (bywało tak, że każdy kamień miał swojego szczupaczego lokatora); ta grupa miała także kontakty z nielicznymi sandaczami (najczęściej mierzącymi nieco ponad 60 cm) łowionymi na spadach przy wyspach;
trzecia grupa (koniec czerwca) złowiła, jak już wcześniej wspomniałem, bardzo dużo ryb średniej wielkości, w tym sandacze na koguty (szczupaki zresztą też gryzły te przynęty); generalnie – ryb było dużo, ale rozmiarami nie powalały.

rodzinny urlop3
Pora wyjaśnić specyfikę tego jeziora. Na tle innych szwedzkich zbiorników to swego rodzaju ewenement ze względu na rozległe trzcinowiska i liczne płytkie zatoki z szybko nagrzewającą się wodą. W rezultacie Hovern ma bardzo duży potencjał tarłowy w przeciwieństwie do typowych dla Skandynawii jezior skalistych, z ubogą roślinnością zanurzoną i szczątkowymi trzcinowiskami.

Rekonesans z echosondą na głębszej wodzie (maksymalnie do 13 m) wykazał, że w toni (między 8 a 13 m) stały duże ryby. Zlokalizowałem także wiele dużych ławic drobnicy, co świadczy o tym, że jezioro ma potencjał nie tylko tarłowy, ale i pokarmowy. Ponadto stosunkowo głęboka toń daje rybom szansę na przetrzymanie najcięższych zim bez ryzyka przyduchy. To wszystko pośrednio potwierdziło informacje zawarte w zapiskach zostawionych przez naszych poprzedników. W tej sytuacji miałem nadzieję, że jeśli tylko w tym jeziorze są metrówki, to w notatkach, które ja zostawię, będzie wiadomość o ich złowieniu. Właściwie tego, że większe sztuki tutaj są, byłem pewny, choć nie dysponowałem informacjami o połowach z poprzednich lat.

rodzinny urlop4
W Szwecji lipiec nie jest tak skwarny jak zdarza się to nieraz w Polsce, ale tak czy inaczej jest to tam najgorętszy miesiąc i nie najlepszy czas na szczupaki, które żerują tylko w krótkich okresach w ciągu dnia. Można oczywiście łowić późnym wieczorem i nocą, dokładnie tak, jak to opisałem w poprzednim numerze WMH (Letnia noc na jeziorze), ale nie wypadało mi zakłócać spokoju współmieszkańców. Zostało więc praktycznie tylko wędkowanie w czasie niedługich okresów dziennej aktywności drapieżników.

Pierwsze trzy dni łowienia poświęciliśmy (ja, mój syn Tomek i ojciec) na klasyczne spinningowanie. Wszyscy nałowiliśmy się do bólu rąk szczupaków średniej wielkości, ale to wciąż było nie to. Zgodnie z powziętym zamiarem postanowiłem zamienić ilość na jakość i czwartego dnia sięgnąłem po wędkę do vertical jiggingu.

Tata już na wstępie stwierdził, że ta metoda jest „nudna i nie fair w stosunku do ryb", więc zostałem na łodzi tylko z Tomkiem, który bez oporów pozwolił się wprowadzać w arkana łowienia wertykalnego. Pierwszy dzień był trudny, ponieważ Młody nie miał jeszcze wyćwiczonych ruchów i ryby przede wszystkim płoszył zamiast łowić. A że z konieczności znajdowaliśmy się tuż obok siebie, mając tylko jedną echosondę (o czym dalej), płoszył także moje ryby.

W czasie drugiego dnia przygody z verticalem sytuacja zmieniła się diametralnie. Tomek złowił pierwszą udokumentowaną „polską" metrówkę na jeziorze Hovern – szczupaka 103 cm. Ryba połakomiła się na 30-centymetrową „jaskółkę", czyli rippera z ogonem ukształtowanym w pionowy jaskółczy ogon.

Następnego dnia „prawie" go dogoniłem, łowiąc 101-centymetrową mamuśkę i tym samym potwierdzając tezę, że vertical jigging na ospałe, letnie toniowe drapieżniki jest skuteczną metodą. Naszym łupem padały również sandacze, niereagujące w te upalne dni na klasyczny spinning.

Sukces Tomka nie przyszedł ni stąd, ni zowąd. Musiałem nauczyć go przede wszystkim opanowania i rezygnacji z nerwowych ruchów w trakcie prowadzenia „jaskóły".

Jak już wspomniałem, łowiliśmy mając tylko jedną echosondę. Ideałem jest, kiedy każdy wędkarz na łodzi ma swoją i dysponuje całym obrazem na jej wyświetlaczu. W tej metodzie kluczową rolę odgrywa bowiem możliwość śledzenia przynęty oraz obserwowania reakcji ryb na jej ruchy. Można to porównać do nowoczesnego łowienia na mormyszkę spod lodu. Ponieważ musieliśmy sobie poradzić z jednym sonarem, zamontowaliśmy go więc na rufie i usadowiliśmy się po przeciwnych stronach przetwornika, tak aby widzieć swoje przynęty, a nie podczepiać się nawzajem.

Istotne również było to, że łowiliśmy w bardzo wolnym dryfie. Jest to idealna sytuacja dla początkujących, bo wtedy wędkuje się najłatwiej. Profesjonaliści podpływają do namierzonych ryb na silniku elektrycznym i z jego pomocą utrzymują odpowiednią pozycję łodzi względem ryb i wiatru. My jednak, jako się rzekło, powoli spływaliśmy z wiatrem, hamowani dryfkotwą.

rodzinny urlop5
Łowiliśmy na 20–30-centymetrowe „jaskółki" uzbrojone główkami 30–35-gramowymi. Przy obławianych głębokościach ok. 10 m taki ciężar był niezbędny, aby guma nie odchodziła na boki poza stożek sygnałów echosondy ze stale przemieszczającej się łodzi.

Jak napisałem w poprzednim numerze WMH, w Polsce sytuacja prawna stosowania metody wertykalnej nie jest do końca jasna. Mam nadzieję, że wkrótce się to zmieni, może więc warto przybliżyć naszym Czytelnikom jej zasady.

Otóż podstawą łowienia na verticala są delikatne, płynne i powolne ruchy przynętą w pionie. Wszelkie szarpnięcia sprawiają, że ryby natychmiast uciekają. Nie ma to więc nic wspólnego z tzw. szarpakiem czy innymi próbami celowego podhaczania ryb. Jak zatem łowić? My co prawda obławialiśmy głównie toń, ale naukę proponuję zacząć od dna. Bardzo powoli i płynnie opuszczamy na nie przynętę na napiętej plecionce. Powolnymi, ok. 20-centymetrowymi ruchami stukamy nią o dno, unosząc ją co 3–4 takie puknięcia na ok. 30–40 cm nad podłoże i tam delikatnymi drganiami nadgarstka wprawiamy w pionowy ruch ogonek jaskółki, po chwili pozwalamy jej znieruchomieć, po czym znów powoli opuszczamy na dno. Chcąc zaś łowić w toni, płynnymi ruchami bujamy przynętą niczym mormyszką. Tak naprawdę wymienione sposoby pracowania wabikiem wyczerpują temat techniki na poziomie początkującym i średnio zaawansowanym. Czasem brania przynosi zmiana ruchów ze skierowanych w dół na skierowane w górę.

Wykonujemy ruchy tylko w pionie. Mimo to na ekranie echosondy będzie widoczna sinusoida (przesuwanie się zapisu ekranu). Musi ona mieć łagodne wierzchołki, wszelkie poszarpania świadczą o złej technice łowienia.

Gdy na wyświetlaczu widać ryby stojące powyżej przynęty, błędem jest jej szybkie podniesienie. Analogiczna sytuacja występuje wtedy, kiedy ryby są pod nią; nie wolno szybko opuszczać gumy, trzeba to robić powoli i płynnie.

Załóżmy jednak, że ryba znajduje się na poziomie przynęty. Wprawiamy wówczas wabik w drgania, pracując szczytówką. Jest to prawdziwa próba cierpliwości, bo tych kilka minut potrzebnych na przekonanie (lub spłoszenie) ryby dłuży się wtedy w nieskończoność.

rodzinny urlop6
Przy takim łowieniu niektórzy potrafią do tego stopnia zapomnieć o bożym świecie, że gdy ryba stopniowo się podnosi, to oni podnoszą się razem z nią: stopniowo wstają, wyprostowują się na całą wysokość, unoszą ręce z wędką nad głowę, a wreszcie... wspinają się na palce, wpatrzeni z wypiekami na twarzy w ekran echosondy. Wygląda to humorystycznie, a i zacięcie może być problematyczne z rękami nad głową... W takiej sytuacji nie wolno zapominać o kołowrotku i przemieszczenia ryb w pionie kompensować powolnym odwijaniem albo nawijaniem plecionki (idealne do tego są niskoprofilowe multiki).

I wreszcie zacięcie. Nie można się z nim spieszyć i reagować na skubanie. Ryba musi na przynętę odczuwalnie „siąść" i przygiąć wędkę. Nie sposób przeoczyć takiego brania ani pomylić go z niczym innym.

Wędka do verticala musi być miękka, paraboliczna, nie dłuższa niż 2 m, przy czym optymalna jest długość między 1,7 a 1,8 m. Ja łowię na monoblank z dołączaną rękojeścią, przez co taki kij jest łatwiejszy w transporcie.

Powróćmy jednak do opisu rodzinnej wyprawy. Przez kolejne dni poranną turę poświęcałem z Młodym na doskonalenie verticala, a po południu do naszej łodzi wsiadał ojciec i wracaliśmy do klasycznego spinningowania. Próby łowienia „z kotwicy" nie przynosiły żadnych efektów, brania mieliśmy tylko z dryfującej łodzi. Trzeba też zaznaczyć, że pogoda zmieniła się bardzo na naszą niekorzyść. Znacznie się ociepliło, a ryby stały się nieruchawe i wybredne. W tych warunkach najskuteczniejszy okazał się głęboko schodzący pływający wobler, nasza przedostatnia deska ratunku. Po sprowadzeniu go na wybraną głębokość należało zaprzestać zwijania, a wtedy wabik na moment zawisał nieruchomo, po czym zaczynał się powoli wynurzać, by – po ponowieniu zwijania – znowu zanurkować i właśnie wtedy następowało najwięcej ataków szczupaków, od czasu do czasu urozmaicanych sandaczami. I właśnie tą techniką mój ojciec, nestor wędkarstwa, złowił swojego pierwszego w życiu jeziorowego sandacza (wcześniej łowił je tylko w rzekach). Ryba nie była okazem tego gatunku, ale co pierwszy raz, to pierwszy i radość na łodzi była ogromna.

Ostatnie dni nie przyniosły zmiany pogody. Nadal było upalnie i woda coraz gorętsza, ale mimo że ryby żerowały kiepsko, bawiliśmy się wybornie, szukając nowych sposobów na ich przechytrzenie. Stały w toni i tylko tam mieliśmy jakieś konkretne brania, łowiąc na duże obrotówki (nr. 3 i 4), które robiły w wodzie sporo hałasu. Trzeba się było nieźle napracować, aby pobudzić drapieżniki do współpracy. W takich warunkach Tomek złowił swojego największego w życiu okonia, mierzącego 48 cm!

Wyjazd, który miał być rodzinny, stał się wyprawą wędkarską. Połowiliśmy wszyscy, nie tylko męska część familii, ale i obie panie, które też nie oparły się pokusie (krótkotrwałego) kręcenia kołowrotkiem. Trochę mi się przez to oberwało, bo w końcu mieliśmy rodzinnie wypoczywać, a nie rodzinnie wędkować, no ale czy tak naprawdę jedno nie może oznaczać drugiego? Jak widać, może!