Wyprawy

Polowanie na płaskiego

Wytyczając świeże ścieżki między porastającymi brzegi pomorskiej rzeczki wyższymi ode mnie pokrzywami, od dwóch dni bezskutecznie usiłowałem złowić srebrniaka.

Gdy przedarłem się do kolejnej miejscówki, mój telefon zasygnalizował mi nadejście MMS-a. Licząc na to, że któryś z kolegów namierzył stadko troci i chwali się świeżą zdobyczą, nie zwlekając ani chwili, otworzyłem wiadomość. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie, gdy zamiast srebrnej torpedy na zdjęciu zobaczyłem Michała trzymającego za ogon 50-kilogramowego halibuta. Pomimo to, że ryba była rzeczywiście imponująca, poczułem rozczarowanie, bo nie na takiego newsa liczyłem. Dopiero wieczorem na kwaterze dotarło do mnie, że walka z taką rybą jest prawdziwym wyzwaniem i z każdą chwilą coraz bardziej zazdrościłem koledze, że ma szanse polować teraz na takie okazy.
Po tygodniu spotkałem się z Michałem w redakcji. Jego relacja z wyjazdu do Norwegii, a przede wszystkim z holu halibuta spowodowała, że poczułem nieodpartą chęć pojechania tam i zmierzenia się z tą niezwykle waleczną rybą.
Marzenia mają to do siebie, że czasami się spełniają. Po jakimś czasie odebrałem telefon od Maćka Rogowieckiego z biura Eventur Fishing. Zaproponował mi rozpoznawczy wyjazd do dwóch nowych baz wędkarskich w Norwegii.plaskie9 Moim zadaniem było zebranie kilku doświadczonych wilków morskich i sprawdzenie przy ich pomocy rybostanu okolicznych łowisk. Oczywiście, nie zastanawiałem się ani chwili i już na początku sierpnia wspólnie ze Zbyszkiem i Marcinem płynęliśmy promem do Szwecji.
Pierwszym celem naszej podróży była oddalona o 1000 km od Nynäshamn norweska wyspa Leka. Napaleni, jak byśmy pierwszy raz jechali za granicę na ryby, pokonaliśmy tę odległość „jednym strzałem". Nad ranem czekając na prom pływający między stałym lądem a wyspą, zaobserwowaliśmy ataki drapieżników na stada powierzchniowej drobnicy. To dobry znak – pomyślałem. Po półgodzinnej przeprawie trafiliśmy do bazy w Lece. Ośrodek zrobił na nas duże wrażenie. Zarówno z zewnątrz, jak i w środku przypominał bardziej luksusowy pensjonat niż wędkarską bazę.

plaskie1
Niedługo po zakwaterowaniu w apartamencie z widokiem na ocean (przy odrobinie wyobraźni i wysiłku można było łowić z balkonu) w pełnym bojowym rynsztunku stawiliśmy się w holu. Na jednej z jego ścian wisiała olbrzymia mapa batymetryczna łowisk otaczających wyspę. Gospodarze chętnie podzielili się z nami wiedzą, gdzie ostatnio ocean godnie darzył wędkarzy, a następnie zaprowadzili nas na przystań. Do dyspozycji dostaliśmy dużą, 6-metrową aluminiową łódź z 60-konnym silnikiem. Dodatkowo wyposażona ona była w echosondę z ploterem z wgraną mapą batymetryczną z polskim menu.
I tak półtorej godziny po zejściu z promu w Lece płynęliśmy „swoją" łodzią na podbój oceanu.
Plan miałem chytry: pierwszego dnia chciałem, żebyśmy wszyscy wyłowili się aż do bólu rąk rybich średniaków, a dopiero potem miałem zamiar przekonać kolegów do polowania na „płaskiego". Choć na rybach nie za często tak bywa, ale pierwszy punkt planu zrealizowaliśmy w 100%. Dzięki ploterowi niedaleko bazy udało nam się namierzyć płytką podwodną rafę ze stromymi spadami do 30 m głębokości. Miejsce to okazało się genialnym łowiskiem rdzawców, które niczym sandacze atakowały prowadzone w opadzie gumy. Na głębszej wodzie wystarczyło kilka razy poderwać pilker, by zaatakował go przyzwoity dorsz lub plamiak.
Po spłynięciu do bazy (z mocno obolałymi rękami), przy kolacji zdradziłem współtowarzyszom plany na kolejne dni naszej wyprawy. Chłopaki bez chwili wahania zaaprobowali ambitny pomysł zapolowania na halibuta.
Rano jeszcze raz, wspólnie z gospodarzem, stawiliśmy się przed mapą w holu. Tym razem zasypaliśmy go gradem pytań, gdzie, kiedy i na co można dorwać „płaskiego". Okazało się, że na ich sensowne łowisko (30-metrowe blaty na otwartym oceanie) trzeba płynąć 45 min. Miejscowi rybacy łowią je tam na sznury z martwymi małymi czerniakami jako przynętą, a bawiąca tu przed nami ekipa Niemców złowiła dwa okazy na duże gumy z kawałkiem fileta na dozbrojce z kotwiczki.
Bogatsi o przekazaną wiedzę ruszyliśmy na wodę. Jak to czasami bywa, nasze plany pokrzyżowała pogoda i – o ironio losu – nie był to sztorm, lecz całkowity brak wiatru i utrzymująca się przez to gęsta jak mleko mgła. Przeglądając mapę w ploterze, znalazłem niewielki 40-metrowy blat otoczony spadami dochodzącymi z jednej strony do 100, a z drugiej do 200 m. Po dopłynięciu na miejsce szybko złowiliśmy niewielkie czerniaki i po uśmierceniu (w Norwegii nie wolno łowić na żywca) założyliśmy je na kotwice 300-gramowych pilkerów, opuszczając zestawy ok. 2 m pod stado drobnicy. Ponieważ dryf był praktycznie zerowy, co jakiś czas „popychałem" łódź silnikiem. Podczas paru godzin takiego pływania naszym łupem padło kilka dorszy i bardzo ładny rdzawiec.
Obawiając się zniechęcenia Zbyszka i Marcina, gdy tylko mgła się trochę przerzedziła, zaproponowałem podpłynięcie bliżej brzegu pod skały i zabawę z rdzawcami. Te nas nie zawiodły i przez kilka godzin holowaliśmy jednego za drugim. Przed wieczorem zdecydowaliśmy się wrócić na wcześniej penetrowany blat. Wiatr nieco się wzmógł i łódź dostojnie dryfowała, przesuwając nasze zestawy z martwymi rybkami po łowisku. Ponieważ kolejne przepłynięcia po blacie kończyły się co najwyżej holem dorsza lub molwy, postanowiłem tak ustawić łódkę, by przedryfowała na kancie, gdzie głębokość wahała się między 50 a 70 m. Nie było tu widać drobnicy, dlatego zestawy prowadziliśmy ok. 3 m nad dnem. Już po kilku minutach decyzja okazała się trafiona, bo hamulec w multiplikatorze Zbyszka wygrywał najpiękniejszą dla ucha wędkarza melodię. Ryba dawała się podciągnąć w pół wody, po czym błyskawicznie zjeżdżała do dna. Tak mógł walczyć tylko halibut. Po krótkim holu pierwszy „płaski" wylądował w łodzi. Ryba nie była duża, ważyła 7 kg, ale była dowodem na to, że nasze starania idą w dobrym kierunku.

plaskie5
Po upływie kolejnej godziny znowu na zestawie Zbyszka zameldował się halibut. Tym razem ryba stawiała znacznie większy opór i ciężko było ja poderwać z dna. Niestety, po pierwszym silnym odjeździe niedoszła zdobycz wypięła się.Po powrocie do bazy próbowaliśmy wyciągnąć jakieś wnioski z pierwszej wyprawy na otwarty ocean. Ja miałem zestaw iście gruntowy: 200-gramowy ciężarek z doczepionym poniżej, poprzez krętlik, przyponem z dużym sumowym hakiem. Marcin postawił na ołówkokształtny pilker, który podobnie jak mój zestaw nie odchodził na boki i pozwalał prowadzić się niemal idealnie w pionie. Zbyszek jako jedyny łowił na jasny, srebrno-pomarańczowy pilker obustronnie spłaszczony, dzięki czemu w trakcie dryfu ładnie „lusterkował", wabiąc drapieżniki refleksami . Po przeprowadzeniu szybkiego remanentu kamień spadł nam z serca, okazało się bowiem, że mamy wystarczająco dużo takich przynęt. By zmniejszyć ryzyko utraty ryby, postanowiliśmy „trupki" zbroić dwiema kotwicami. Do pierwszej, połączonej z pilkerem kółeczkiem łącznikowym, dowiązaliśmy 20-centymetrowy odcinek fluorokarbonu o średnicy 0,9 mm z zamontowaną na końcu drugą kotwicą.
Następnego dnia stawiliśmy się w łodzi skoro świt (o 12 w południe!) uzbrojeni po zęby. Niestety, tym razem wyjście na otwarty ocean uniemożliwił nam silny wiatr. Przez wiele godzin łowiliśmy piękne dorsze i rdzawce, cały czas wyczekując momentu, aż pogoda da nam szansę... Pod wieczór fale przycichły. Zostało ok. trzech godzin łowienia, było więc już za późno, by płynąć daleko, dlatego zdecydowaliśmy się ponownie odwiedzić wczorajszą miejscówkę.
Tym razem dryf był bardzo duży i co chwila musieliśmy popuszczać plecionkę, by zestawy mogły utrzymywać się na odpowiedniej głębokości. W ciągu 15-minutowego dryfu trzeba było przynajmniej trzy razy zwinąć zestaw i opuścić go ponownie na dno. Nie „czułem" tego łowienia, więc na kolejne przepłynięcie wziąłem lżejszy zestaw z gumą. Opuściłem ją na dno i zacząłem wolne podbijanie. Co jakiś czas otwierałem szpulę kołowrotka, pozwalając przynęcie nieco opaść. Gdy spłynęliśmy w obszar, gdzie dno ostro spadało] do 80 m, poczułem coś jakby zaczep. Nie było to uderzenie, po prostu zatrzymanie gumy. Zaciąłem i już po chwili wszystko było jasne... Mam halibuta! Ryba była trochę większa od wczorajszej, ale holem na miękkiej wędce o ciężarze wyrzutu do 100 g dostarczyła mi wiele frajdy.plaskie6

Wiedząc, że kolejny dzień będzie naszym ostatnim w Lece, podjęliśmy twarde postanowienie, że jeżeli tylko pogoda pozwoli, to płyniemy na odległe, wskazane przez gospodarza legendarne halibutowe łowisko. Tym razem ocean okazał się dla nas łaskawy, rano mgły nie było, tylko tafla wody delikatnie się marszczyła. Przed wypłynięciem sprawdziliśmy w Internecie godzinną prognozę dla naszej miejscowości. Wynikało z niej, że mamy 6–7 godzin łowienia, a potem trzeba będzie uciekać, bo wiatr zacznie się ostro nasilać. Taka wietrzno-deszczowa pogoda miała się utrzymać przez ponad dobę. Płynąc na miejscówkę, zatrzymaliśmy się po drodze na płytkiej rafie, by nałowić czarniaczków. Jak na złość nasze zestawy atakowały trochę za duże, bo ponadkilogramowe sztuki. By jednak nie tracić cennego czasu, zdecydowaliśmy się zabrać kilka z nich i łowić na odpowiednio spreparowane filety.
Na łowisko dotarliśmy po ponad dwóch godzinach od sprawdzenia prognozy pogody. Czasu pozostało niewiele, trzeba więc szybko brać się do roboty. Głęboki na 30 m blat w tym miejscu był bardzo szeroki i przy optymalnym dryfie jedno przepłynięcie w poprzek zajmowało ok. 40 min. Po trzech obłowieniach całej szerokości łowiska każdy z nas miał na koncie po kilka dorszy i zaczęliśmy mieć poważne problemy z filetami. Chcąc nie chcąc łowiliśmy na wyjątkowo nieestetyczne, mocno wymamlane ich kawałki.
Pamiętając z poprzedniego dnia, gdzie były brania „płaskich", zdecydowałem się postawić łódź tak, by dryfowała po spadku z 50 na 70 m. W tym miejscu na ploterze linie na mapie batymetrycznej były usiane tak gęsto, że aby nie „zjechać" na głębokość 150–200 m, musiałem co kilka minut kontrolować dryf, używając silnika. Po pół godzinie obławiania kantu Zbyszek zaciął rybę. Ponieważ nic nie krzyczał, razem z Marcinem byliśmy przekonani, że ma kolejnego dorsza i delikatnie ruszając szczytówkami, „ożywialiśmy" swoje filety. Po paru minutach kontem oka zauważyłem, że Zibi jest cały czas w tej samej pozycji, pochylony nad wygiętą w pałąk wędką. Co to jest? Nie mogę tego ruszyć! Spróbuj, może tobie się uda – powiedział i przekazał mi wędkę. Próbując unieść to „coś" w górę, czułem tępy, ale pulsujący opór. Jaką masz tu plecionkę, bo nie wygląda za grubo? – zapytałem. Nie wiem, ale ciągnij, najwyżej strzeli. Wszedłem na bakistę łodzi, by być możliwie najwyżej od tafli wody i na siłę zacząłem podnosić to „coś" do góry. Na początku miałem wrażenie, jakby ktoś zaczepił 50-kilogramowy worek cementu na pilkerze. Tak było aż do momentu, gdy ciężar nagle ożył i w ciągu kilku sekund pokazując kto tu rządzi, zjechał na dno, zabierając z trudem nawinięte przeze mnie metry plecionki. Masz to, po co tu przypłynęliśmy, powiedziałem – i oddałem Zbyszkowi wędkę. Po półgodzinnej zabawie w przeciąganie liny kolega znowu poprosił mnie o pomoc. Po 20 min pompowania, gdy już wydawało mi się, że go chociaż zobaczymy, halibut z szybkością godną łososia z turbodoładowaniem zjechał do dna. Zbysiu, twoja kolej, tylko się streszczaj, bo nas sztorm tu zastanie – powiedziałem, przekazując wędkę. W końcu to jego zdobycz, a wyjątkowo głupio bym się czuł, gdybym coś spaprał. Obserwując walkę kolegi, Marcin pół żartem, pół serio spytał: Widziałeś film pod tytułem „Gniew oceanu"? Skoncentruj się, bo skończymy tak jak oni z rybą, ale na dnie... Po ponadgodzinnym holu wreszcie zobaczyliśmy olbrzymie, prawie 1,5-metrowe cielsko ryby.

plaskie4

I dopiero teraz do nas dotarło, że trzeba w jakiś sposób przerzucić ją przez wysoką burtę łodzi. Ryba widząc nasze niezdecydowanie, z powrotem zjechała, tym razem na jakieś 50 m. Zbyszek, „pompuj" powoli, a my przygotujemy pętlę z linki cumowniczej i spróbujemy zacisnąć jej na ogonie, gdy będzie już przy powierzchni – zdecydowałem. Plan był dobry, gorzej było z jego realizacją.
Przy kolejnych próbach założenia pętli na ogon halibut odchodził jeszcze kilka razy, na szczęście na coraz krótsze dystanse. Wreszcie wspólnymi siłami z Marcinem podebraliśmy rybę. On chwycił ją pod skrzela, a ja wreszcie złapałem na lasso ogon. Cel wyjazdu został osiągnięty.

Zbyszek okazał się szczęśliwym łowcąolbrzymiego halibuta.plaskie2 Niestety, czasu na powtórzenie napłynięcia nie było, bo ocean już nieźle się rozhulał, ale wracając na przystań, obiecaliśmy sobie, że za rok tu wrócimy...
Nazajutrz rano wiało i padało, a my mieliśmy dzień na przejazd do drugiej bazy położonej na niewielkiej wysepce Ylvingen, oddalonej od nas dalej o 200 km na północ. Dopiero po dojechaniu na miejsce dotarło do nas, w jak dzikim i dziewiczym miejscu się znaleźliśmy. Aby dopłynąć na stały ląd, trzeba było telefonicznie zamówić prom. Na wyspie nie było żadnego sklepu, była za to jedna jedyna droga prowadząca prosto do naszej bazy, oddanej do użytku dopiero w czerwcu tego roku. W Ylvingen na stałe mieszka 50 osób, a cała nasza baza mogła pomieścić maksymalnie 12 wędkarzy. Na miejscu wszystko pachniało świeżością. Łowiska już na pierwszy rzut oka wydawały się dziewicze. Do dyspozycji dostaliśmy identyczną łódź jak w Lece, prawie tak samo wyposażoną. Różniły się jedynie silnikiem – ten był 50-konny.
Niestety, przez pogodę nie mogliśmy od razu wypłynąć, musieliśmy poczekać do następnego dnia. Mieliśmy za to cały wieczór na przeanalizowanie mapy pokazującej ukształtowania dna na okolicznych wodach. Łowiska były tu dużo mniej zróżnicowane, za to odległość na najdalsze z nich była co najmniej 3 razy krótsza od tej na halibutową miejscówkę w Lece.
Pierwszy dzień na wodzie potraktowaliśmy rozpoznawczo, czyli dużo pływania, szukania, obserwowania obrazu sondy i stosunkowo niewiele łowienia. Pomimo takiego podejścia udało nam się wyjąć kilkanaście dużych dorszy, sporo rdzawców i kilka plamiaków. Prawdę mówiąc, ręce bolały nas od holi.
Następnego dnia postanowiliśmy obłowić kilka namierzonych blatów z nastawieniem na halibuta. Tym razem pod wieczór szczęście uśmiechnęło się do Marcina. Na jego zestaw skusił się mniej więcej 30-kilogramowy „płaski". Ryba jakby nie zważając na atletyczną budowę łowcy i megamocny sprzęt, jaki stosował, dzielnie walczyła, kilka razy odjeżdżając spod powierzchni 50 m do dna. Po ponadpółgodzinnym holu skapitulowała.

palskie8


Kolejne dwa dni obfitowały w różne gatunki ryb, niestety z wyjątkiem olbrzymiej flądry, na którą cały czas się nastawialiśmy. Ostatniego dnia naszej norweskiej przygody podobnie jak w Lece postanowiliśmy zagrać va banque i cały dzień polować na „płaskiego".
Jak to często bywa, postanowienia sobie, a życie sobie i po paru godzinach pływania praktycznie bez brania Zibi wziął druga, lżejszą wędkę i zaczął nią łowić dorsze, czerniaczki i makrele. Gdy holował kolejną rybkę z głębokości 70 m, w połowie wody coś zatrzymało zestaw. Wędka mocno się wygięła i przez kilka sekund wszystko stanęło w miejscu, by po chwili z niewyobrażalną szybkością zjechać do dna. Ten to ma farta – pomyślałem, patrząc na szczęśliwą minę kolegi. Przez dobrych 15 min ryba nie dała się podnieść ani o metr.
Ja nie dam rady, spróbuj, może tobie się uda – powiedział, przekazując mi wędkę. Swoiste déjà vu, oby i tym razem się udało. Zająłem swoje ulubione miejsce na tylnej bakiście i... Nie byłem w stanie absolutnie nic zrobić. Wędka wyginała się do granic wytrzymałości, a ryba wolno przesuwała się w wybranym przez siebie kierunku. Po kilkunastu minutach zwróciłem wędkę właścicielowi, w końcu to on narozrabiał i niech się teraz męczy. Taka patowa sytuacja pewnie mogłaby trwać jeszcze długo, ale najwyraźniej halibut się nią znudził i zaczął szybko spływać po uskoku na głębokość ponad 120 m. Czując , że ryba podjęła walkę, Zbyszek postanowił w przenośni i dosłownie przyhamować jej zapędy i... pękł przypon z fluorokarbonu (0,9 mm!).
Obławiając kolejne miejscówki, cały czas dyskutowaliśmy na temat straconej ryby, która rosła wprost proporcjonalnie do czasu trwania naszych dywagacji. Pod wieczór postanowiliśmy powtórzyć miejsce niewykorzystanej szansy i udało się! Tym razem na moim zestawie zawisła porządna ryba. Lepiej późno niż wcale pomyślałem, czując ciężkie cielsko walczącego halibuta. Po 40 min zabawy w przeciąganie liny po raz pierwszy zobaczyłem, z czym walczę. Mocny odjazd „płaskiego" dosłownie rzucił mnie na kolana. Po kolejnych 10 min zdobycz była już w łódce.

paskie3


– Panowie, coraz sprawniej nam to idzie, aż żal wracać – skwitował całą akcję Marcin.
Nazajutrz jadąc autem w kierunku przeprawy promowej, obserwowaliśmy piękno norweskiej przyrody i układaliśmy plany na przyszłoroczny pojedynek z halibutami.

plaskie7