Łowienie z downriggerem

Z tak małej jednostki jak „Baśka” – przypominam „Skylla 500” z 50-konnym silnikiem – rozstawiam 8 wędek. Przepisy pozwalają na więcej, ale wielkość łódki ogranicza tę liczbę. Robi się za duży bałagan, kiedy zdarzy się coś nieprzewidzianego. A najczęściej takimi wydarzeniami są konieczność wykonania gwałtownego manewru bądź jednoczesne branie na kilku wędziskach. Brakuje rąk, w efekcie wszystko się plącze, straty w sprzęcie, marnowanie czasu na porządkowanie tego pobojowiska, irytacja i…

Wędziska (najlepiej inlinery) to 4 kije przeznaczone do downriggerów (muszą być w miarę miękkie) i 4 kije twardsze do psów albo side planerów, jeśli łowimy z masztem. Do tego multiplikatory z nawojem minimum 300 m rozciągliwej żyłki 0,45- lub 0,50-milimetrowej. Wspominałem w poprzednich tekstach, że ich najważniejszą cechą (oprócz odporności na słoną wodę) ma być płynność działania hamulca. Dlaczego? O tym za chwilę.
Koniec żyłki zbroję łożyskowanym krętlikiem z dużą, mocną agrafką. Na tej agrafce wisi flasher bądź dodger – kolorowy wabik nadający przynęcie ruch. Jego barwa i zamieszanie, jakie robi w wodzie, podobno kojarzą się łososiom z ławicami ryb, na które polują. Za flasherem już tylko przypon. Subtelny fluorokarbon o średnicy 0,7–1,0 mm. Z jednej strony znów łożyskowany krętlik, z drugiej główka do zbrojenia martwej rybki i specjalna wzmocniona kotwiczka nr 4 przeznaczona do trollingu. Inne przynęty to blachy, woblery i sztuczne muchy.
Kolory flasherów i główek, ich rodzaje, długości przyponów to temat nie na artykuł, lecz na opasłą książkę. A tak naprawdę to trzeba samemu zacząć kombinować. Wiem jedno i jestem tego absolutnie pewny – nie ma w tej materii niepodważalnego kanonu.
Windy downriggerów to kołowroty z wysięgnikami z nawiniętymi po 200 stóp (ok. 70 m) cieniutkimi stalowymi linkami, na końcu których dyndają opływowe ciężarki. Do owych ciężarków mocuję wabiki – są to albo duże flashery, albo nanizane na 2-metrowych przyponach skrzydełka sporych obrotowych błystek. Opuszczam ciężar na jakieś 3 m. Następnie z pierwszej wędki wypuszczam ok. 5–7 m żyłki. Odkładam wędkę, chwytam żyłkę specjalnym klipsem połączonym 40-centymetrowym odcinkiem grubej żyłki z agrafką, którą zaciskam na stalówce downriggera. Wstawiam wędzisko w stojak i zaczynam opuszczać pierwszy zestaw.
I tu wracam do tematu hamulca multiplikatora. Żyłka jest wpięta w klips, z którego ryba w momencie brania ją wyrywa, a wiec nie może być zbyt mocno zablokowana. Hamulec musi luzować żyłkę ciągniętą przez opuszczany ciężar. Wędka po postawieniu musi być dość mocno ugięta. Po opuszczeniu pierwszej wędki na głębokość ok. 10 m powtarzam te same czynności z drugim kijem. Odwijam z kołowrotu na zadaną głębokość stalówkę, która ciągnie za sobą teraz 2 zestawy. Jest z tym trochę gimnastyki i możecie mi uwierzyć, że mało jest sytuacji tak irytujących jak wypięcie się dolnego klipsa po odwinięciu 50 m stalówki obciążonej 10-kilogramowym ciężarem. Dzieje się to zazwyczaj wtedy, kiedy hamulec kiepskiego multika nagle przytrzymuje trochę mocniej…
Po powtórzeniu tych samych czynności z windą na drugiej burcie pracują już 4 wędki. Staram się tak dobierać głębokości prowadzenia zestawów, żeby flashery i przynęty były w miarę blisko siebie – „na mijanego”. Jeśli na lewej windzie przynęty są prowadzone np. na 30 i 40 m, to na prawej jadą na 35 i 45 m. Jak sądzę, wzmacnia wabiące właściwości „ławicy”.
Ważne, żeby podczas rozstawiania wędek łódź płynęła prosto. Jeden z członków załogi musi się zająć sterowaniem, chyba że zastępuje go autopilot. Później również staramy się nie zygzakować. Każdy gwałtowny zwrot może spowodować spustoszenia w naszym cennym sprzęcie. Dlatego samoster jest bezcennym pomagierem. Nie zagapia się i nie dyskutuje.
Podczas brania „z windy” wędzisko w pierwszym momencie po wyrwaniu żyłki z klipsa prostuje się. Później wraca do pierwotnego ugięcia i zaczyna pulsować. I tu ważna uwaga! Nie ma powodów do nerwowego pośpiechu! Mamy sporo czasu! Kiedy wędka zasygnalizuje branie, lekko zwiększam obroty silnika. Jeśli płynąłem z prędkością 1,5 węzła, przyspieszam do 2,5. W pierwszym etapie to łódź holuje rybę, a hamulec multiplikatora, wędzisko i elastyczność żyłki amortyzują odjazdy. Jeśli ocenię, że ryba jest spora i może narobić bałaganu, podnoszę zestawy, odstawiam wędki i wyciągam ciężary z wody. Trwa to kilka, niekiedy kilkanaście minut. W tym czasie załogant kontroluje hol. Po „oczyszczeniu przedpola” można zwolnić, doholować rybę do burty i podebrać! Nie do wiary, ile jest na to czasu! Z reguły przed ponownym rozłożeniem wędek warto zawrócić i przepłynąć ponownie tym samym szlakiem.
Po rozstawieniu zestawów downriggerowych bierzemy się za wędki planerowe, ale o nich już innym razem.

losos downrigger1