Trzy wyjazdy nad Jeziorko

Sześć tygodni nad wielką wodą. Czerwiec, wrzesień, październik. Gromadka wędkarzy penetrowała tonie olbrzymiego "Jeziorka" Co z tego wynikło?

szwecja1

Dwa tygodnie. Początek czerwca – majowy nawrót zimy przerwał tarło sandaczy. Ryby bardzo głęboko. Poniżej 17 m Można powiedzieć, że były tak zaaferowane reprodukcją, że kompletnie lekceważyły przynęty podawane z opadu. Największą przygodą było złowienie pięknego bolenia „posiniaczonego” przez broniące swoich gniazd sandacze. Dopiero ostatnie dwa dni pobytu dały jakieś sensowne wyniki.

szwecja2

Dwa tygodnie. Połowa września. Stan wody w jeziorze dobre półtora metra niższy, niż normalnie. Do tego upały. Sandacze w ciągu dnia zupełnie nieaktywne. Pod wieczór coś tam się działo, ale bez euforii. Na głębokich, piętnastometrowych blatach gryzły duże szczupaki. Można było liczyć na dwie, trzy duże ryby dziennie. Do sandaczy pozwolił o się dobrać dopiero łowienie w toni. „Sandaczowy kanon” zawiódł! Koledzy, którzy nie chcieli zrezygnować z metod „klasycznych” – polegli.

szwecja4

Dwa tygodnie. Połowa października. Miało być pięknie. Niestety akcja złodziei pozbawiła nas jednej jednostki. Kradzież silnika. Złodzieje zostali przepłoszeni, porzucili silnik, ale zostawili totalną demolkę na łodzi. Wszystko zdemolowane. Pocięta hydraulika, cięgła, wiązki elektryczne. Do tego dość ekstremalne przeżycia związane z odzyskaniem hondy zdeponowanej w policyjnym magazynie. Dwie łódki połowiły pięknie – wielkie sandały, spore, ponadmetrowe szczupaki… Trzecią łódkę udało się zrzucić na jeden dzień. Ten jeden dzień utwierdził mnie w przekonaniu, że łowienie w toni „rządzi”!