Extremefishing Team - początki

Zaczęło się nad Słupią. Od połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku, co roku 1 stycznia jechałem na Pomorze, zazwyczaj właśnie nad Słupię.

Zimy bywały rozmaite. Śnieżne i mroźne, wtedy łowiło się brnąc w grubych neoprenowych woderach po pas w śniegu, a czasem deszczowe i ciepłe, wtedy było błocko i też się brnęło… Nad wodą spotykało się najtwardszych zawodników. Kiedy po powrocie opowiadałem o emocjach związanych z otwarciem sezonu trociowego, często odnosiłem wrażenie, iż moi słuchacze popatrują na mnie z lekkim niedowierzaniem. Po cholerę tak się katować? No właśnie… Mijał rok, i znowu meldowałem się w moich ulubionych miejscach. Dokładnie to samo robił Paweł, tyle, że zaczął kilka lat wcześniej.
Kilka, kilkanaście lat temu wydawało się, że już bardziej po wariacku nie można. Choć z drugiej strony… Nie mieliśmy oddychających spodniobutów, goreteksowych kurtek, wspaniałej, odprowadzającej wilgoć bielizny, samochody nie były wyposażone w ogrzewanie postojowe… Ksywki Sandaczowy Dziadek też wtedy jeszcze nie miałem. Tak, nawet z perspektywy dzisiejszych czasów mieliśmy prawo czuć się twardzielami.