Ahoj przygodo! (Niech to szlag…)

Szwecja Maj 2015

Dwudziestego ósmego maja, po dwóch miesiącach załatwiania tysiąca spraw, przebukowywania biletów, upewniania się, czy wszystko dopięte na ostatni guzik, zabieramy czterech kolegów spod wędkarskiego sklepu na Wybrzeżu Gdyńskim w Warszawie i ruszamy w drogę!

ahoj9Dwie skylle, czterech gości plus bagaże następnych czterech kolegów, którzy przyjadą na zmianę na następny tydzień. Łodzie i samochody zapakowane po brzegi sprzętem, wiktuałami i tysiącem niepotrzebnych rzeczy, w których będziemy się gubić, ale nasi towarzysze podróży muszą być przygotowani „na każdą okoliczność”, więc to wszystko jest „absolutnie niezbędnym minimum”…
Pierwszy etap podóży – droga na prom i rejs „Steną” odbył się bezproblemowo. Po zjeździe z promu w Karlskronie, mieliśmy do pokonania trzysta kilometrów na Alsteram, gdzie czekał na nas nocleg, bo domek nad „tajnym” sandaczowym jeziorem, które było głównym celem pierwszego etapu naszej wyprawy był do naszej dyspozycji dopiero za dwa dni. Alsteram w ubiegłym roku darzyła nas pięknymi potokowcami „50+”, więc ochoczo tam ruszyliśmy i się zaczęło… Dojechaliśmy na miejsce, spotkaliśmy przemiłego gospodarza, który za licencje i jedną noc skasował nas na kwotę opiewającą połowę tygodniowego pobytu w docelowej kwaterze, opowiedział o wielkich pstrągach pływających w jego rzece i poszedł sobie. My jak charty ruszyliśmy na te pstrągi…
Cóż, były ale pstrążki… jeździliśmy od sektora do sektora i w końcu udało się znaleźć miejsce, gdzie jeszcze pływało trochę „dzikusów”, ale szaleństwa takiego jak w zeszłym roku nie było. W dodatku wieczorem, zaczęło lać, a pod moim samochodem pojawiła się plama oleju, który po uruchomieniu silnika zaczynał efektownie rzygać, nie dając większych nadziei na dojechanie gdziekolwiek… Nie posiadam sprawności mechanika samochodowego, więc przed wyjazdem oddałem moje wiekowe isuzu w ręce warsztatu który zrobił gruntowny przegląd.
Niestety przed wyjazdem postanowiłem jeszcze zmienić olej. Usługę tę wykonała inna firma… Kiedy tak stałem zrozpaczony nad moim nieszczęsnym samochodem, gapiąc się jak sroka w gnat w broczący olejem motor, z leśnych ostępów wyłonił się Piotr, który chwała Bogu błyskawicznie postawił diagnozę. Okazało się, ze patałach, paprak, palant, (to najdelikatniejsze określenia jakie przychodzą mi do głowy) nie był łaskaw dokręcić filtra… Następnego dnia w strugach deszczu, postanowiliśmy z Piotrkiem używając paska od spodni mocniej dokręcić to draństwo. Cóż, za pierwszym razem poszło nie w tę stronę i „Mułek” znowu obficie rzygnął, polewając świeżym, zabranym z Polski „na dolewkę” olejem caluteńki podjazd przed kwaterą. Tym samym przestaliśmy być samowystarczalni „w temacie oleju” i Paweł musiał jechać kilkadziesiąt kilometrów, żeby zdobyć niezbędny do dalszej podróży lubrygant. Nie spojrzeliśmy naszemu gospodarzowi głęboko w oczy i nie usłyszeliśmy co miał do powiedzenia na temat pozostawionych na podjeździe plam… Powiem tylko, że pojemność miski olejowej w moim samochodzie to siedem i pół litra... Sporo... Ale proporcjonalnie do kwoty którą ten zdzierca skasował poprzedniego dnia…
Przejechanie stukilometrowego etapu poszło migiem. Do tego stopnia, że pomimo porannego opóźnienia przyjechaliśmy za wcześnie. W firmie Novasol, przez którą rezerwowaliśmy domek, nikt poza „zegarynką” nie odpowiadał. Lało, wiało, ziąb jak cholera, a my speszeni przestępowaliśmy z nogi na nogę, bo każdy miał nadzieję, że jeszcze tego samego dnia zrzucimy łódki na wodę… Pogoda i poranne wypadki nie nastrajały optymistycznie, ale na szczęście Szwedzi to solidny naród i nasi gospodarze pojawili się punktualnie co do minuty. Prezentacja luksusowego wyposażenia domku trwałą dobrą godzinę. Zaczynając od elektronicznego zamku w drzwiach, przez kod Wi-fi, ogrzewanie geotermalne (ech…), wyposażenie kuchenne, segregację śmieci – wszystko było ok. Byłem w stanie nawet zgodzić się na zakaz palenia w obejściu, byleby już skończyli! Ale oni wciąż znajdowali nowe tematy do podtrzymania rozmowy. Byli uroczy i bacznie przyglądali się swoim gościom. Na zakończenie spotkania pocieszyli nas, że jeśli coś zdemolujemy, to nie musimy tym się martwić, tylko mamy szkodę uczciwie wpisać do zeszytu, a oni są ubezpieczeni…

ahoj7ahoj5

Slip udało się znaleźć błyskawicznie. Bardzo wygodny i bliziutko. O osiemnastej byliśmy na wodzie. Wcześniej umówiliśmy się, że będziemy co dwa dni zmieniać załogi. Pierwszego i drugiego dnia na mojej „Baśce” pływali Zbyszek z Jankiem, a na „Kaji” Mirecki miał Zbyszka (ksywa Puchatek) i Pawła.
Całe towarzystwo zna się od lat z wypraw na pomorskie trocie. Najtwardsi z twardych zawodników.

Czterogodzinny rekonesans dał duży materiał do przemyśleń przy późnej kolacji. Dość zimna woda. Na blatach małe sandaczyki przy dnie, a duże ryby, dla których tu przyjechaliśmy, pływają w toni. Ilość zapisów na echosondzie porażająca! Wyglądało na to, że trafiliśmy jeszcze na okres tarłowy… Ranek następnego dnia potwierdził to. Ryby z „bankówek” wymiotło. Od dziewiątej rano do późnego popołudnia kilkanaście niewielkich sandaczyków i szczupaczków. Jako nagrodę pocieszenia udało mi się trafić szczupaka „metrówkę”, Zbyszek miał niewiele mniejszego – ale nie takie były plany. Mieliśmy łowić metrowe sandacze! Późnym wieczorem wróciliśmy na upatrzony wcześniej sześciometrowy blat usłany głazami. Dwa sandały 82 i 87 cm wyjechały, ale do metra jeszcze daleko… Jak dobrać się do tych największych?! Szwedzi łowią je na vertical. Nasze wyposażenie nie pozwala nam na zastosowanie tej metody. Trzeba by zupełnie inaczej skonfigurować elektronikę. Do jesieni może się uda.

ahoj
Następnego dnia wiatr stężał. Pływaliśmy z Pawłem i Puchatkiem, kryjąc się po zawietrznych brzegach jeziora. Blaty na środku były poza zasięgiem. Małe rybki! W końcu Puchatek łowi swojego metrowego szczupaka. Na co? Na koguta własnej produkcji! I nie był to fuks! Kilka następnych, mniejszych potwierdza, że kogut to wybitnie skuteczna szczupakowi przynęta! W każdym razie tutaj. Na wieczór wiatr się uspokoił na tyle, że mogliśmy odkleić się od zawietrznej i popłynąć na środek jeziora. Ilość – tak, jakość – nie! Zostaliśmy na łowisku przez całą noc – do dziewiątej rano. Byliśmy bardzo dumni z naszej dzielności, ale łowność nie sprostała naszym oczekiwaniom… Zmordowani spaliśmy do wieczora… I to nasze zmęczenie stało się kluczem do sukcesu.

ahoj3

Sandacze pojawiały się na kamienistej rafie, na głębokości czterech, pięciu metrów około dziewiątej wieczorem. Wcześniej, na tej samej rafie przez godzinę żerowały szczupaki! Szczupaki chętnie zagryzały sandaczowe koguty produkcji Puchatka! Sandacze żarły najchętniej brązowe fish-huntery z domieszką fioletu.

ahoj4

Klasyczne podbicie wcale nie było najskuteczniejszą metodą! Sandacze brały w toni. Jeden z nich mało nie zwichnął mi nadgarstka, kiedy niedbale wyjmowałem przynętę z wody. Nadgarstek zabolał, a jeszcze bardziej upokorzona duma niezdarnego łowcy…. To na pewno był ten największy… Trzy noce pod rząd, kilkadziesiąt pięknych ryb, euforia , zmęczenie i niewyspanie jakże różne od tego wynikającego z codziennej pogoni… Dzięki temu, że ryb było w bród, w dzień mogliśmy się oddawać kulinarnej rozpuście. Dania z sandaczy serwowane przez Pawła – niezapomniane!

ahoj13
Po tym pełnym wrażeń tygodniu odwieźliśmy naszych towarzyszy na lotnisko, odebraliśmy następnych i rozstaliśmy się. Paweł został w tym samym miejscu, a ja przeniosłem się nad jezioro Vattern. Super domek z widokiem na port. Świetne szczupakowe jezioro Boren, na wypadek niesprzyjających wiatrów - rzut beretem – wszystko wydawało się pomyślane jak trzeba… Niestety, pogoda nie dopisała. Łososie na Vattern odeszły daleko od brzegu, i nie było szans, żeby w ciągu tak krótkiego pobytu je namierzyć, a Szwedzi po prostu w tych warunkach nie wypływają. Dwa malutkie łososie i kilka arctic charów, które nawet nie miały siły wyrwać klipsów – cóż, to było wielkie rozczarowanie… Boren otworzyło się dopiero ostatniego dnia przed wyjazdem, ale jakość nie porażała. Z kilkudziesięciu złowionych szczupaków największy miał osiemdziesiąt centymetrów… Moi towarzysze oczekiwali czegoś zupełnie innego… Wyjeżdżaliśmy w poczuciu niewyrównanych rachunków – jeszcze tam wrócimy! Może jesienią?
Sandaczowy Dziadek

ahoj8ahoj12